Metro 2033 – pozytywne zaskoczenie (Moja Opinia)

Tytuł ten swoją premierę miał w 2010 roku, ale pomimo mojej sympatii do „horrorkowatych” klimatów dopiero teraz zdecydowałem się na zwiedzanie metra. Wcześniej z góry potraktowałem ten tytuł jako kolejną bezmyślną strzelankę, wymyśloną tym razem gdzieś na Ukrainie, pozbawioną sensownej fabuły. Co mnie jednak zachęciło do obadania gry? Przede wszystkim darmowa kopia, którą otrzymałem od THQ w zamian za polubienie odpowiedniego fanpage’a gry na Facebooku (bo właśnie taką akcję w grudniu 2012 przeprowadził wydawca). I nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się, że przemogłem własne lenistwo by kliknąć dwa razy na FB w celu uzyskania kodu, bo czas spędzony z Metro 2033 uważam za wyjątkowo udany.

Historia – skąd ten cały kurwidołek?

Fabuła gry oparta została na powieściach rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego. Jest rok 2033, w wyniku konfliktów nuklearnych świat uległ zagładzie. Resztka ludności która zdołała przetrwać skryła się pod ziemią w moskiewskim metrze, bowiem na górze powietrze i woda zostały mocno skażone. Życie ludzi trwa więc w ciemnościach, na poszczególnych stacjach metra funkcjonują różne oddziały, które starają się utrzymać pozycje i bronić własnych cywilów przed niebezpieczeństwem. A jest się czego obawiać, poza szajkami uzbrojonych odszczepieńców do metra przedostały się również potwory, których od zasrania namnożyło się na skażonej powierzchni ziemi. Co dziwniejsze, po całej zagładzie w tunelach natknąć się można na tajemnicze anomalie, które nierzadko bywają śmiertelne zarówno dla ludzi jak i potworów. A do całości dochodzi konflikt polityczny, który pomimo upadku cywilizacyjnego wciąż gdzieś tam trwa.
Wcielamy się w Artema, młodego typka, który ma za zadanie przedrzeć się przez różne stacje, tunele i miejscówki na powierzchni, aby ostrzec ocalałych sojuszników przed nowym, inteligentniejszym rodzajem zmutowanych istot. Przeprawa nie jest łatwa, a sytuacje z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć zjeżą nam włosy na kudłatych garbach.

Klimat, klimacik… i jakie to wszystko piękne

Jednym z największych plusów gry jest niewątpliwie klimat. I nie ma co ukrywać w cholernie mocnym stopniu przyczyniła się do tego strona wizualna (ten aspekt był także jednym z powodów, dla których zdecydowałem się sprawdzić grę). Świat postnuklearny został zaprojektowany rewelacyjnie, niemal każda lokacja to solidny popis kreatywności artystów koncepcyjnych i level designerów, po prostu cały czas czułem ten doszczętnie wyniszczony, zabrudzony i niebezpieczny świat. Zajebiście spasowała mi gra świateł, wdzierające się światło przez szczeliny sufitu lub okna, rozsiane ogniska w tunelach i widoczne cienie przyczajonych stworów rzucane na ścianach. Paranoję wzmacniają odgłosy otoczenia i „warczących” potworów ukrytych w ciemnościach lub odległych korytarzach. W pamięci zapadło mi także ciekawe miejsce, gdzie trwająca w oddali wymiana ognia powodowała to, że pomimo braku jakichkolwiek żywych ludków zagubione kule i tak dochodziły z odległych miejsc i nieraz świstały mi nad głową, tudzież trafiały w elementy obok.

Klimat w grze tworzą również sami ludzie żyjący na stacjach metra, starsi i dzieci, rozmawiający ze sobą na ciekawe jak i bzdurne tematy. Mogłem podchodzić i wsłuchiwać się w różne historie. Brakowało mi jedynie jakiejś interakcji z nimi, miałem ochotę do nich zagadać, czasami poniekąd się to udawało poprzez samo podejście, ale z reguły byłem tylko obserwatorem niemową.
Moje ciśnienie skutecznie podnosiły pułapki oraz elementy otoczenia typu wiszące puszki, sznurki z ładunkami wybuchowymi, rozbite szkło, butelki, deski, beczki itp. Wdepnięcie w szkło lub przypadkowe kopnięcie leżącej deski natychmiast niepokoiły wrogów.
Uroku grze dodają różne ciekawe urządzenia typu ręczna ładowarka do latarki i noktowizora, a także bronie domowej roboty, które co jakiś czas należy pompować zachowując odpowiedni poziom ciśnienia. Świetnym rozwiązaniem jest maska przeciwgazowa, którą zawsze musiałem zakładać przed wyjściem na powierzchnię, lub w niektórych miejscach pod ziemią. W masce tej co jakiś czas należy wymieniać filtry, które się zużywają, Artem wówczas zaczyna coraz ciężej sapać, szybki zachodzą parą, aż wreszcie nasz bohater sięga do kieszeni po zapasowy filtr powietrza. Dodatkowo podczas walki z mutantami nasza maska może ulec zniszczeniu, pojawiają się na niej coraz większe pęknięcia, które pogarszają widoczność. I wtedy szybko należy szukać innej maski w pobliskich pomieszczeniach, najczęściej przy martwych ciałach.
Kolejna ciekawa rzecz to waluta w grze. Jak przystało na prawdziwe czasy postnuklearne pieniądze nie mają już żadnej wartości, a jedyną walutą jest… amunicja. I jest to amunicja wytworzona jeszcze za czasów życia na powierzchni, czyli solidnie wykonana i mocniejsza od tej obecnie wytwarzanej w podziemiach. A skoro jesteśmy przy amunicji (która w grze jest zresztą na wagę złota), zachwycił mnie jeden drobiazg, mianowicie zawsze gdy znajdziemy jakieś martwe ciało człowieka (lub sami go ubijemy), to amunicja którą możemy mu zabrać znajduje się faktycznie w określonych miejscach na jego ubraniu (w kieszeniach bocznych, przy pasie, w kieszeniach na nogach, w pistolecie za pasem, itp). Niby szczegół, ale podnosi poziom realizmu, to jednak coś innego niż rozsypana skarbonka z fantami lub niewidzialna snajperka schowana w dupie.

Walczymy panowie, walczymy!

Gra wypełniona jest klimatycznymi szybkimi akcjami typu przedarcie się przez zastępy bestii do bezpiecznego miejsca, lub obrona pozycji przed nadciągającymi z tunelu potworami. Fajnie uczestniczy się w takich akcjach, skutecznie podnoszą ciśnienie.
Twórcy zapewnili nam dwa style rozgrywki, mianowicie „na harpagana” (strzelaj do wszystkiego co się rusza) i/lub po cichutku zza pleców. O ile pierwszy styl nie budzi kontrowersji, o tyle drugi niestety został spierdzielony. I to jest chyba największa wada tej gry, głównie dla mnie, bo uwielbiam we wszystkich tego typu grach obierać drogę cichego zabijaki madafaki. Metro 2033 to jedna z tych gier, w których można się zastanawiać nad sensem inwestowania w przedmioty ułatwiające cichą emilnację (bronie z tłumikiem, kombinezon ułatwiający skradanie itp.). Tłumik w wielu przypadkach mi nie pomógł (pomimo, że pozostali przeciwnicy byli daleko). Podobna loteria była w przypadku noży rzucanych na odległość (choć te były pewniejsze od broni z tłumikiem), czasami bez alarmu zabijałem jednego typka stojącego obok drugiego, a czasami robiła się zadyma po zlikwidowaniu gościa kroczącego kilka metrów za innym. Mocną wadą była wręcz konieczność zabicia przeciwnika jednym strzałem/rzutem, w przeciwnym razie gdy wróg nie padł, ale go skręciło na chwilę i dobiłem go drugim lub trzecim strzałem z wytłumionego pistoletu (zachowując ciszę), to i tak niemal w 99%-tach pozostali jego kompani podnosili alarm. Było to mocno irytujące. Oczywiście pozwoliłem sobie na delikatny masochizm i mimo wszystko starałem się grać cichaczem wszędzie tam gdzie mogłem, ale wówczas poziom adrenaliny wzrastał.
Minusem jest też menu wyboru broni. Jeśli do przełączania używa się gałki na myszce (do czego jestem przyzwyczajony), to można się po prostu pogubić. Nieraz utrudniało mi to potyczki z wrogami, gdy chciałem w jednej akcji skorzystać z kilku broni.

Bestiariusz, czyli o kolejnej zalecie słów kilka

Powiem wprost – zbyt dużej liczby gatunków potworów nie ma, ale dla mnie jak najbardziej wystarczyło, tym bardziej, że to całe barachło zostało bardzo fajnie ogarnięte. Mój ulubiony mutant to tzw. Bibliotekarz (jego przedstawiciele grasują w bibliotece), któremu zawsze trzeba patrzeć w oczy i powoli się wycofywać. Typ z wolna idzie za nami, a my musimy tyłem na oślep wycofywać się w pożądanym kierunku. Gdy choć na chwilkę spuścimy z niego wzrok, to kapiszon szybkimi susami podbiega do nas i atakuje. I naprawdę zaczyna robić się ciepło gdy sami zapędzimy się w kąt, bo Bibliotekarz jest dosyć silny i wytrzymały. Za to rozwaliła mnie nazwa osiągnięcia zdobywanego po ubiciu tego gada – „Mól książkowy”.

Humor dobry na stres, ooo tak

Pomimo ciężkich czasów i beznadziejnej sytuacji niektórym postaciom dopisuje humor. Rzucane czasami hasła faktycznie potrafią rozbawić i jest to niewątpliwie niezłą zaletą gry. Przykładowo gdy byłem z dwoma kompanami na pewnej misji, znienacka przez okno zaatakował nas skrzydlaty potwór. Panicznie zacząłem napierdzielać w bestię do momentu, aż odleciała. Wówczas jeden z ziomków zapytał „Ok, ktoś się spierdział?” Drugi na to „kogo to obchodzi, w masce przeciwgazowej i tak nikt by nie poczuł”.
Niesłychanie rozbawiło mnie nawiązanie do znanego zwyczaju traktowania radzieckiego sprzętu, który tradycyjnie zazwyczaj nie działa i trzeba w niego przypieprzyć aby zatrybił. Występuje to parokrotnie w grze, gdy zauważyłem to po raz pierwszy od razu poczułem, że twórcy faktycznie starali się odwzorować rosyjskie klimaty w najdrobniejszych szczegółach. A już rozwaliło mnie hasło na późniejszym etapie gry, gdy w pewnym momencie jeden ze zdenerwowanych żołnierzy przypieprzając w konsolę z przyciskami (i tym samym uruchamiając maszynę) powiedział „Czad! Prawie jak w tych starych hollywoodzkich filmach o ZSRR!”.

Podsumowanie – przemiłe zaskoczenie

Pomimo pewnych bolączek związanych głównie z cichymi zabójstwami, gra potrafi pochłonąć, jest bardzo ładna i mocno klimatyczna. Naprawdę miło spędziłem przy niej tych kilkanaście godzin, zarówno bałem się i śmiałem. Historia sama w sobie jest bardzo fajna (a może bardziej pomysł na historię tego postnuklearnego świata), natomiast po samej fabule nie można się spodziewać niezwykłych zwrotów akcji, gry na emocjach, wyborów moralnych itp. Jesteśmy prowadzeni po sznurku, ale w tym przypadku nie jest to wadą. Gra warta polecenia, jest to w miarę szybki tytuł, który i tak nie trzeba przechodzić na raz, a może stanowić pewne wypełnienie w przerwach od innych tytułów. Jedno jest pewne, od tej pory z niecierpliwością czekam na kolejny tytuł ukraińskiego 4A Games, czyli Metro Last Light.

  • Facebook
  • Twitter
  • Google Plus
  • Pinterest
Tagi: