Wiedźmin: Sezon Burz – Wiedźmin ma trzy miecze…

…a trzeci, przyozdobiony dwiema kulkami – na czarodziejki.

Po 14 latach książkowy Wiedźmin powrócił do księgarni i to z wielkim pieprznięciem. Gdy ruszyła przedsprzedaż książki na Allegro, zainteresowanie było tak wielkie, że pierwsza partia ok. 1000 egzemplarzy rozeszła się w ok. godzinę. Oczywiście zaraz pojawiły się kolejne aukcje, każda z setkami egzemplarzy i niemal wszystkie schodziły jak ciepłe bułeczki. Ciekawym jest jednak fakt, że sama informacja o tym, jakoby nowy Wiedźmin jest już gotowy, pojawiła się chyba dzień przed startem owej przedsprzedaży. Być może taki „atak” z zaskoczenia przyczynił się do tej impulsywnej pogoni motłochu za swoimi egzemplarzami, wliczając w tym mnie samego. I był to bardzo dobry ruch, bo pomimo pewnych obaw nowe (a raczej stare?) przygody mistrza Geralta z mistrzem Jaskrem u boku pochłonęły mnie bez reszty. Książkę przeczytałem już „dawno”, ale dopiero teraz – z perspektywy czasu – postanowiłem coś o niej napisać.

Nowe / stare wydarzenia – bez spoilerów

Wspomnę tylko, że tekst nie będzie zawierał spoilerów, ograniczę się tylko do ogólników aby nie psuć innym radochy z czytania. Andrzej Sapkowski w różnych wywiadach informował, iż nowy Wiedźmin nie będzie ani prequelem (wydarzeniami przed) ani sequelem (wydarzeniami po) całego siedmioksięgu. I powiedzmy, że poniekąd tak jest, choć okres ten zbliżony jest do pierwszego tomu opowiadań.

Gdy Andrzej Sapkowski zapowiedział prace nad nowymi przygodami Geralta, to prawie zaliczyłem wzwód z radochy, bo mój głód na tę powieść sięgnął punktu krytycznego. Po chwili jednak zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób będzie chciał wbić się w „zakończoną” historię? I pojawiły się obawy. Pierwszy rozdział „Sezonu Burz”, który udostępniono w sieci przed premierą, przeczytałem w dużym skupieniu. I choć są osoby, które zarzucają mu brak „ochów” i „achów”, ja natychmiast poczułem stary dobry wiedźmiński klimat. Pierwsze dialogi przywołały wspomnienia, a w mojej łepetynie pojawił się ten sam gburowaty Geralt. Zgodzę się jednak z malkontentami, że im dalej tym jeszcze lepiej. Historia goni do przodu, choć ma kilka punktów lekko stopujących.

Geralt, Jaskier, Koral i całe to skur…ństwo

Książka zawiera niemal wszystko to, co znamy z poprzednich odsłon, a co mocno budowało charakterystyczny klimat. Jest bardzo brutalnie, złowrogo i siarczyście, nie zabrakło „kurw” i „skurwysynów”, ale jest również miejsce na uczucia, te głębsze i płytsze. I co niezmiernie cieszy – nie zabrakło solidnego humoru. W jednym momencie po prostu ogarnął mnie niemiłosierny śmiech – uwielbiam zagrywki łączące poważne, niebezpieczne sytuacje z nagłym wybuchem solidnego humoru. To rozbraja człowieka doszczętnie. Same rozmowy Geralta z Jaskrem to ten sam wyborny styl, jaki już znamy z poprzednich książek. No i naturalnie nie zabrakło chędożenia.

Postacie, które już znamy zachowały swój wysoki poziom, ale również nowe persony obdarowano bardzo ciekawymi osobowościami. Mamy więc osoby mniej lub bardziej życzliwe Geraltowi, mamy oddanych przyjaciół jak i wrogów nr 1. Mamy inteligentnych dostojników oraz typowych chamów z rynsztoka. I nie zabrakło pierdzących kobiet.

„Errory”, czyli o wadach słów kilka

Pomimo mocno pozytywnych doznań odczutych podczas studiowania lektury, natknąłem się na kilka elementów, które nie do końca mnie przekonały. I aby nie poświęcać zbyt wiele miejsca na wady (których jest niewiele) po prostu wymienię kilka. Pierwsze „nie halo” pojawiło się gdzieś na początku i dotyczyło sądu z całymi prawnymi zagadnieniami. Zapachniało mi współczesnością, a już szczególnie rozwaliła mnie wiedza Geralta w tym zakresie (nie ważne, że miał źródła, choć nawet i to brzmi jakoś dziwnie). Kolejne „delikatne” przegięcia to opisy potraw w różnych karczmach – listy wykwintnych dań potrafiły ciągnąć się dosyć długo, a ostatecznie niczemu nie służyły. O ile legendy jeszcze można spokojnie poczytać, o tyle długaśne listy dań już nikomu nie były potrzebne, a jedynie zapychały tekst.

Podsumowując – Wiedźmin na jakiego czekałem

Jako oddany fan całego siedmioksięgu, którego w całości ogarnąłem kilka razy, mogę zdecydowanie powiedzieć, że najnowsze dzieło Sapkowskiego spełniło moje oczekiwania. Jestem podjarany bardzo mocno i czekam na kolejne odsłony, które w moim przekonaniu pojawią się w przyszłości. A ku temu przekonaniu skłaniają mnie choćby pewne fragmenty, które jak gdyby zapowiadają coś jeszcze, oraz sukces najnowszego dzieła. Cała historia przedstawiona w „Sezonie Burz” trzyma się poniekąd z boku wydarzeń znanych z poprzednich odsłon. Z całą pewnością nie zamiesza ona CD Projekt Red w ich nieoficjalnej kontynuacji przygód, a wręcz przeciwnie – niemal jestem pewien, że i tym razem Redzi przemycą jakieś elementy z „Sezonu Burz” do Wiedźmina 3.

Andrzej Sapkowski razem z wydawcą (a może głównie wydawca) wybrali dogodny moment na premierę książki, aktualnie trwa niecierpliwe wyczekiwanie na trzecią część gry, więc ogólny hype na Wiedźmina jest stale nakręcany. Jednak do czasu światowej premiery gry, powinny pojawić się także obcojęzyczne wersje „Sezonu Burz”, a to zwiastuje kolejne sukcesy, jeszcze większą popularność cyklu i idące za tym zyski. I jak tu z takiej okazji nie korzystać? Zresztą dostrzegam tutaj obustronne korzyści – sam po przeczytaniu nowego dzieła Sapkowskiego czekam z jeszcze bardziej obślinionym jęzorem na nową grę. Mam jednak nadzieję, a jednocześnie przekonanie, że „Sezon Burz” to sezon ponownego oswajania czytelników z książkowym Wiedźminem i za jakiś czas ponownie będziemy mogli napawać się intrygującymi przygodami Geralta. Czego sobie i Wam życzę.

  • Facebook
  • Twitter
  • Google Plus
  • Pinterest
Tagi: